Subiektywny przegląd muzyczny
RSS
czwartek, 30 czerwca 2011

Masz czasem kogoś dość. Słuchania go, oglądania na co dzień, obserwowania jego poczynań i skutków tychże. Masz dosyć jego / jej pewności siebie, przekonania o własnej wyższości, w związku z czym chcesz tę osobę wyrzucić raz na zawsze z pamięci. Nie, nie mówię teraz o naszych politykach z którejkolwiek strony sceny politycznej, choć powyższa definicja pasowałaby pewnie całkiem zgrabnie. Mowa o kimkolwiek, kto tak nas od siebie odpycha samą swą obecnością, iż z trudem powstrzymujemy się, by nie wyrzucić tego z siebie wprost. Wówczas macie taką oto opcję do wykorzystania - zadedykujcie tej osobie poniższy utwór, jeśli inteligentna, to zrozumie przekaz zawarty w tekście. A jeśli nie pojmie, w czym rzecz, wy przynajmniej rozładujecie swoje wewnętrzne "fu". Koncertowo zespół Archive w (pochodzącym z wydanego w 2004 roku albumu Noise) utworze Fuck U.

środa, 29 czerwca 2011

Orange Warsaw Festival. Jak zawsze spóźniam się z komentarzem, bee zdążyła mnie już uprzedzić, ale w końcu i ja znalazłem wolną chwilę by się wypowiedzieć. Zatem bez dalszych opóźnień: miejsce wybrano świetnie, stadion Legii nadaje się dobrze na tego typu imprezę i organizatorzy powinni przy nim pozostać w przyszłości. Łatwy dojazd, bez większych problemów z wydostaniem się (kwadrans oczekiwania na taksówkę to tyle, co w zwykły weekend w centrum miasta), nawet poczucie przebywania w tłumie nie było tak dojmujące (wyjąwszy krótką kolejkę do wejścia pierwszego dnia). Karmili słabo, ale z tego co się orientuję to były stałe punkty żywieniowe funkcjonujące na stadionie Legii, zatem nie do końca winą organizatorów może być niejadalna wręcz pizza. Istotna była muzyka, a lineup mógł się podobać, choć poziom był nierównomierny - planując na pierwszy dzień występy Skunk Anansie i Moby'ego organizatorzy trochę strzelili sobie w stopę, jako że były to moim zdaniem dwa najlepsze koncerty podczas całego festiwalu (nawet biorąc pod uwagę, iż Jamiroquai w zasadzie nie obejrzałem, ale o tym za moment). Co za tym idzie drugi dzień, dodatkowo z odwołanym występem The Streets, wydawał mi się zdecydowanie słabszy.

Zaczęło się jednak od gwiazdek TVN-u i na tym właściwie można poprzestać, jeśli o nie chodzi, bo i mówić za bardzo nie ma o czym: wyszli, pokręcili się po scenie, powspinali się na jej konstrukcję, ot i wszystko. Muzycznie nie było się czym zachwycać, bo albo źle nagłośnione, albo z kartki śpiewane. Albo jedno i drugie, co mówi samo za siebie. Kwestia nagłośnienia była zresztą problemem nie tylko podczas początkowych występów w piątek - kolejny wykonawca, czyli My Chemical Romance, przyprawił mnie o porządny ból głowy. Nie wiem czy z premedytacją grali tak, by słychać było jedynie dudnienie i łomot przesterowanych maksymalnie gitar, czy nikt nie był w stanie porządnie ustawić im nagłośnienia, faktem jest że marzyłem o stoperach przez ponad połowę ich występu. A szkoda, bo jeśli nawet nie jest to do końca moja bajka, to zespołu można z przyjemnością posłuchać od czasu do czasu. Dowodem w sprawie niech będzie wideo do utworu Helena z płyty Three Cheers For Sweet Revenge, wyreżyserowane przez Marca Webba. Tak, łomot. Ale przyjemny dla ucha, w przeciwieństwie do przesadzonej ściany dźwięku z koncertu. The bigger they are, the harder they fall. Co słychać było aż za dobrze.


O różnicy pomiędzy zaprezentowanymi wcześniej, a rzeczywistymi możliwościami nagłośnienia można się było przekonywać przez resztę wieczoru. Kiedy na scenie pojawiło się Skunk Anansie i rozbrzmiał kryształowo czysto nagłośniony wokal Skin jasne było, że stopery nie będą potrzebne. A wręcz przeciwnie, słuchać chciało się więcej i więcej, a koncert wydawał się zbyt krótki. O ile wcześniej bawiła się młodzież, o tyle teraz nieco starszemu słuchaczowi chodziła nóżka i chciało się tańczyć :) Skin wciąż olśniewa swym głosem, co usłyszeć można choćby w God Loves Only You (z ostatniego albumu Wonderlustre). Klip do niego to właściwie fanvid, który jednak przypadł muzykom do gustu na tyle, iż promują go poprzez swe oficjalne profile w rozmaitych serwisach internetowych.

Moby. Kto by przed nim nie występował, miał prawdziwego pecha, bo ten wokalista i instrumentalista jest w pierwszorzędnej formie, zaś jego występ przyćmiłby każde z pozostałych wydarzeń tegorocznego OWF. Niestety padło na Skunk Anansie, które według mnie zagrało drugi pod względem jakości występ, co jednak nie wystarczyło by przebić się przez perfekcyjną prezentację Moby'ego. I nie tylko jego, ponieważ towarzysząca mu wokalistka Joy Malcolm również wypadła doskonale. Całość idealnie dopracowana i nagłośniona, chciało się by wszystko to trwało jak najdłużej. Na przykład Honey z krążka Play, które proponuję wam w oryginalnym i wciągającym teledysku autorstwa Romana Coppoli.

Dzień drugi. Nie ma się co oszukiwać, słabszy. Zaczęły Sistars, na które z rozmysłem wraz z bee i widokzwenus się spóźniliśmy. Nie nasza bajka, nie nasze klocki. Miało być naturalnie, ale Natural Blues to nie było na pewno. Potem Plan B, o którym wiem, że istnieje, znam kilka singlowych rzeczy, ale poza tym niewiele. Chciałem się zatem dowiedzieć więcej. Byłoby może dobrze, gdyby znów nie dało znać o sobie nagłośnienie. Może wybredny jestem, ale lubię dobrze ustawiony dźwięk, nie zaś burczenie i brzęczenie. Tutaj tymczasem było się do czego przyczepić, niestety. Do naszych rodzimych akustyków zapewne, bo podejrzewam iż zespół nie przywiózł własnych (a błędy się mszczą). Intro w formie występu beatboxera Faith SFX było sympatyczne (zresztą później też pojawiał się na scenie), sam zaś koncert byłby pewnie wspominany lepiej, gdyby nie wymienione przeze mnie problemy i wrażenie, jakby grupie brakowało repertuaru, gdy pod koniec wzięli się za covery. Nie mam nic przeciwko nim, jako że cover też trzeba umieć dobrze zrobić, ale wyglądałoby to lepiej, gdyby rzeczone kawałki były przeplecione własnymi nagraniami Planu B. Takimi jak na przykład The Recluse - do którego teledysk, zrealizowany przez Daniela Wolfe (wraz z innymi singlowymi wideoklipami) zasługuje na oddzielną notkę. Kiedyś na pewno.

W związku z odwołaniem przyjazdu przez The Streets, kolejny występ był już ostatnim. Przyznaję od razu, nie zostałem na Jamiroquai z powodu zmęczenia. Kiedy po raz kolejny zaczęły zamykać mi się oczy, gdy siedziałem na trybunie i słuchałem Planu B, doszedłem do wniosku, że jednak pora będzie się ewakuować i wyspać. Starzeję się, nie ma na to rady, już nie mogę parę razy z rzędu spać po 3-4 godziny, a tak wyglądało kilka poprzednich dni. Stąd też pomimo całej mojej sympatii dla Jay Kay i spółki, po dwóch bodajże kawałkach postanowiłem wraz z widokzwenus udać się na z góry upatrzone pozycje. Stąd też koncert Jamiroquai znam głównie z przywoływanej relacji bee i jedno co z pewnością mogę powiedzieć - szacunek dla frontmana zespołu za wyrażenie opinii na temat nagłośnienia, wybrał może i przykrą formę, ale na pewno jednoznaczne przesłanie dotarło do adresata. Tymczasem dziś posłuchamy nagrania Little L z krążka A Funk Odyssey. Reżyserem klipu był Stéphane Sednaoui.

Podsumowując, uważam tegoroczny OWF za sympatyczne wydarzenie kulturalne. Interesujący i niejednorodny lineup, dobrze dobrane miejsce organizacji - to wszystko na plus. Minusem strona techniczna - nad nią organizatorzy muszą jeszcze popracować. Wychodzenie z założenia, iż polski fan cieszy się, że ktoś w ogóle do nas przyjeżdża, może jeszcze kilka lat temu było prawdziwe, ale przy coraz większej ilości wydarzeń muzycznych w naszym kraju taka polityka organizacyjna już wkrótce może się zemścić. Skoro inwestuje się w sprowadzenie gwiazd, należy też zainwestować w odpowiednie ich zaprezentowanie. A do tego potrzeba fachowców, którzy odpowiednio nagłośnią koncerty (co za tym idzie, trzeba dać im dobry sprzęt). Nie wiem co było powodem tegorocznych problemów, ale mam nadzieję, że za rok już nie będzie po nich śladu. Wtedy można się już będzie bez problemów zachwycać warszawskim festiwalem muzycznym z prawdziwego zdarzenia.

środa, 15 czerwca 2011

Mniej więcej półtora roku temu pisałem o rozpadzie rosyjskiej formacji Ленинград. Przyznaję od razu - lubię ich poczucie humoru, choć czasem jest ono dość specyficzne, podoba mi się również ich stylistyka muzyczna. Stąd też z zadowoleniem przyjąłem fakt wznowienia działalności przez ten zespół. Nie jest to nowość z rynku muzycznego, grupa zdążyła już po powrocie wydać nowy krążek, noszący tytuł Хна (spotkałem się też z nazwą Хна в жопе Питера!) - można go pobrać stąd. Płyta promowana jest między innymi przez dwa identyczne w zasadzie teledyski (jeden utrzymany w tonacji czerni i bieli, drugi kolorowy) do utworu Нет и еще раз нет.

 

Prócz tego pojawiło się kilka klipów, przypominających czasem produkcje domowe. Przykładem może być wideo do utworu Aнтинародная (o którym postanowiłem wspomnieć, ponieważ - jak mi się zdaje, nie znalazłem nigdzie potwierdzenia moich przypuszczeń - wykorzystuje on motyw znany z utworu Все идёт по плану zespołu Гражданская оборона, o którym opowiadałem w swoim czasie w tym wpisie).

Группировка Ленинград, bo tak brzmi pełna nazwa grupy, jest również aktywna koncertowo. Kwietniowy występ w moskiewskim klubie A2 muzycy pozwolili filmować bez ograniczeń - w efekcie powstał kilkudziesięciominutowy zapis koncertu, który został zmontowany z nadesłanych materiałów, a następnie umieszczony w sieci.

piątek, 10 czerwca 2011

Druga edycja Sonisphere Festival przyniosła dawkę brytyjskiego grania. Zawiodła przede wszystkim pogoda - tydzień temu skutecznie odstraszyła mnie od KoЯna, dziś odpuściłem występ Motörhead. Szykowałem się na Lemmy'ego i spółkę, ale zimno i niezbyt dobre samopoczucie mojej drugiej połówki przeważyły szalę. Nie odpuściliśmy natomiast Iron Maiden i był to doskonały pomysł, by mimo wszystko pójść i posłuchać co też zespół proponuje na dzisiejszy wieczór. Nie było w zasadzie wątpliwości co zostanie zagrane - setlisty z koncertów w ostatnich tygodniach nie różnią się niczym specjalnym (albo wręcz wcale), co cieszyło mnie o tyle, że miałem ochotę zapoznać się nieco bliżej z najnowszym materiałem grupy w wykonaniu live (album The Final Frontier z ubiegłego roku - nie pisałem o nim dotąd, ale kiedyś to nadrobię), zwłaszcza że płyta zebrała pozytywne recenzje. Nowych rzeczy w planie występu nie brakowało, koncert moim zdaniem wypadł dobrze, a z zaprezentowanego materiału najbardziej w ucho wpadło mi chyba nagranie The Talisman pochodzące z rzeczonego krążka.

Od kilku dni dostępna jest nowa kompilacja The Best Of tegoż zespołu, zatytułowana From Fear To Eternity i obejmująca lata 1990-2010. Przyznać trzeba, że podobne wydawnictwa grupa wydaje regularnie, wymieniając w żelaznym zestawie kilka pozycji i dodając coś z najnowszych produkcji studyjnych. Tym razem nie jest inaczej. Z The Final Frontier znalazł się tam na przykład utwór Coming Home (dziś wieczór zagrany został zaraz po The Talisman). W wersji koncertowej brzmi on jak widać i słychać poniżej.

piątek, 03 czerwca 2011

Nie lubię pisać zbyt często o tych samych artystach. Bywają jednak wyjątkowe okoliczności, kiedy nie da się inaczej. Jak choćby dziś - właśnie wróciłem z najgorszego koncertu w moim życiu. Nie ma w tym cienia przesady ani dramatyzmu. Jest po prostu niesmak. Nie było mi dane wczoraj pójść na KoЯn, ale rozmawiałem z bagiennym o ich występie. Ciekaw byłem jak nagłośniono występ i ucieszyło mnie, iż jego zdaniem było dobrze. Dziś jednak było zupełnie inaczej. Nie jest winą Guano Apes, iż brzmieli tak, jak brzmieli, w nielicznych chwilach gdy wszystko działało poprawnie, jasnym było, że to energetycznie, dobrze zagrany koncert. Niestety wszystko zawalił akustyk. Nie wiem czy niemiecka formacja przywiozła ze sobą własnego człowieka od nagłośnienia, czy też robił to ktoś zatrudniony przez organizatorów Ursynaliów. Faktem jest jednak, iż nic nie brzmiało tak, jak powinno. Albo słychać było sam bas, albo dołączała do niego stopa perkusisty. Gubił się wokal. Dźwięk falował, wytłumiał, dudnił i odnieść można było momentami wrażenie, że działa tylko jedna strona nagłośnienia. Chwilami wręcz wydawało się, iż akustycy kombinują przy ustawieniach, nie mogąc znaleźć tego właściwego. I tak przez cały - dosłownie - koncert. Nie była to wina muzyków, oni nie słyszeli zapewne jak są nagłaśniani. Nie wiem też co było przyczyną, może skargi okolicznych mieszkańców? A może brak doświadczenia osób odpowiedzialnych za tę stronę imprezy? Awarie? Można tylko spekulować. Fakt pozostanie faktem - gorszego koncertu dotąd nie słuchałem. Wszystkim tam obecnym należą się przeprosiny. A póki co teledysk do utworu Don't You Turn Your Back On Me, nagranego w 1999 roku na potrzeby ścieżki dźwiękowej niemieckiego filmu Meschugge.

Na osłodę zaś Guano Apes z dobrze nagłośnionego Rock Am Ring 2009. Nieco klasyki, czyli Open Your Eyes, Big In Japan oraz Lords Of The Boards (w identycznej kolejności te utwory zamykały dzisiejszy koncert). I tak, wiem że to zupełnie inna skala imprezy. Ale mimo wszystko - chodzi o to, by umieć zrobić coś dobrze.

 

Pisałem o

(c) 2008 eskey

RSS icon
Ich słucham
Propaganda
Add to Technorati Favorites
web stats
Blox Maraton 2011